Ładny rower, to czysty rower. Chyba nikt z nas nie lubi gdy jego wspaniała maszyna pokryta jest kurzem, błotem czy innym trawskiem które wplątało się w zębatki przerzutki, gdy odkrywaliśmy nowe szlaki. Zwykła woda, to często za mało, by móc pozbyć się brudu. Z pomocą przychodzą specjalistyczne rowerowe kosmetyki. Definiowanie czegoś jako “specjalistyczne” oznacza dla mnie przede wszystkim biodegradowalne. Od kilku lat staram się używać przede wszystkim takich produktów właśnie.

Na całe szczęście z roku na rok takich eko-przyjaznych marek przybywa, a ja ostatnio korzystam z produktów niemieckiej marki XLC.

Swoje rowery trzymam w mieszkaniu, a konkretniej sypialni w której śpię, dlatego czystość moich maszyn stanowi dla mnie priorytet. Nawet jeśli wracam do domu późnym wieczorem – jak ostatnio po wizycie w Stolicy – staram się przynajmniej w pewnym stopniu oczyścić ramę. A następnego dnia zafundować moim rowerom kilkugodzinne SPA.

Mój rytuał wygląda za każdym razem podobnie. Rozpoczynam od opłukania roweru czystą wodą z ogrodowego mini-zraszacza o niskim ciśnieniu. Następnie zabieram się za czyszczenie napędu, wykorzystując do tego – moim zdaniem – genialne produkty Fenwicks. Wystarczy dosłownie kilka minut, by kaseta i łańcuch świeciły ponownie blaskiem.

Następnie zabieram się za resztę roweru. Często korzystam po prostu z płynu do mycia naczyń (pro tip Michała Kwiatkowskiego). Ostatnio bardzo polubiłem uniwersalny płyn do mycia roweru XLC. Jest biodegradowalny, dość dobrze usuwa wszelkie brudy, łącznie z mocno zaschniętym błotem. I co istotne, dla takiego pedanta jak ja – po spłukaniu i wytarciu ściereczką nie zostawia smug. Nadaje się zarówno do ram aluminiowych, jak i karbonu. Dobrze sobie radzi z trudno dostępnymi miejscami, jak np. zakamarki w piastach kół.

Ważnym elementem podczas czyszczenia mojego Ryśka jest zajęcie się hamulcami tarczowymi. Tarcze potrafią zebrać na sobie wiele syfu, który generuje dziwne i irytujące dźwięki w trakcie hamowania. Dość łatwo można się go pozbyć wykorzystując środek do czyszczenia tarcz w sprayu. Jest bardzo prosty w użyciu, wystarczy tylko zaaplikować go na tarczę hamulca, przetrzeć ścierką i gotowe 🙂

Daleko nie zajedziemy, jeśli nie posmarujemy naszego napędu. Przez wiele lat korzystałem z legendarnego Rohlof’a, który mimo że dobry, miał sporo wad z uwalonym łańcuchem i kasetą po kilkudziesięciu kilometrach na czele. Od kilkudziesięciu tysięcy kilometrów testuję i próbuję rozwiązań zawierających ceramiczne nano-cząsteczk. Te nie dość że pozwalają zachować wysoką czystość napędu, to dodatkowo wydłużają jego cichą pracę.

Kombinując z markami różnych producentów udało mi się osiągnąć nawet 1000 kilometrów bez smarowania, co jest już naprawdę przyzwoitym wynikiem. Ostatnio polubiłem się bardzo z francuską marką Zefal, której produkt sprawdza się świetnie w każdych warunkach. Wersja “Wet” nieco brudzi napęd, ale nie na tyle by było to kłopotliwe, a potrafi działać bez zarzutów w każdych warunkach przez kilkaset kilometrów.

Ostatnio, dzięki współpracy z sklepem rowertour.com sprawdziłem oliwkę XLC nadającego się do każdych warunków. Sprawdziłem go w ubiegły weekend, przemierzając blisko 500 kilometrów, z czego połowę po dość mokrej nawierzchni (choć stricte w deszczu na nim nie jechałem). Olej jest dosyć wodnisty, ale dzięki temu chyba lepiej penetruje wnętrze łańcucha docierając tam gdzie powinien. Nie zauważyłem też żeby mimo swojej konsystencji rozpryskiwał się po ramie w trakcie jazdy. Przez 500 kilometrów działał bez zarzutu, a łańcuch nie zaczął wydawać charakterystycznych dźwięków dla suchego napędu. Jestem też pozytywnie zaskoczony jego czystością. Wprawdzie do olejów ceramicznych mu daleko, ale jest bardzo przyzwoicie. Zobaczcie sami:

A Wy jakich kolarskich kosmetyków używacie? 🙂

Przeczytaj również:

Wszystko co powinieneś wiedzieć o bikepacking'u

Obowiązkowa lektura dla każdego,
kto chce rozpocząć bikepacking'owe przygody!
%d bloggers like this: