Jeszcze do niedawna marka Bryton była w kolarskim świecie niespecjalnie znana, a mi osobiście kojarzyła się przede wszystkim z popularnym portalem sprzedażowym z Dalekiego Wschodu. Nigdy wcześniej nie zaryzykowałem kupna produktu tego azjatyckiego producenta, i być może był to błąd. Niedawno w moje ręce trafił zgrabny model Rider 420, który był w minionym sezonie wykorzystywany również w zawodowym peletonie. Co takiego ma to urządzenie w sobie, że warto się nim zainteresować? Zapraszam do lektury moich wrażeń z jego użytkowania.

Pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę w tym modelu to deklarowana żywotność baterii. 35 godzin to wyraźnie więcej niż konkurencja. Moje testy przypadły na grudniowe dni, gdy temperatura oscylowała wokół 0 stopni Celcjusza, choć długi czas użytkowałem go na mrozie. A jak wiadomo, akumulatory wraz ze spadkiem temperatury tracą swoją efektywność. Z pomocą Brytona ukończyłem swój kolejny #festive500 nie musząc go podładowywać przez całe 500 kilometrów i ponad 20 godzin aktywnego działania. Łącznie udało się pokonać ponad 600 kilometrów i blisko dobę aktywnego pomiaru. Co ciekawe, ponad dwie godziny urządzenie działało po tym jak otrzymałem powiadomienie o niskim stanie baterii. Wprawdzie odbywało się to przy niepodświetlonym wyświetlaczu, ale to i tak było jedno z największych pozytywnych zaskoczeń jakie miałem z użytkowania Brytona.

Nieco bardziej niepokoi mnie fakt, że wspomniane 500 kilometrów zajęło 18% pamięci. W Wahoo potrafię przejechać cały sezon – ponad 20 000 kilometrów i 900 godzin aktywnego działania bez konieczności usuwania danych z urządzenia. Będę używał tutaj porównań do Bolta, ponieważ przez producenta jak i media okołorowerowe jest on pozycjonowany na tym samym poziomie. Nie udało mi się przetestować go w deszczu, ale na różnych forach użytkownicy chwalą się, że nawet długie godziny ulewy nie są dla Ridera 420 straszne. Pozostaje wierzyć im na słowo. Gdy zechcecie wyłączyć urządzenie i po włączeniu kontynuować jazdę, to niestety komputer rozpocznie nagrywanie zupełnie nowej aktywności. Być może to marginalna sprawa, ale niektórzy również tego od komputerków rowerowych oczekują.

Samo działanie urządzenia też należy ocenić na plus. Ani razu nie udało mi się go zawiesić podczas jazdy, chociaż były takie problemy podczas synchronizacji danych z aplikacją. Oferuje łączenie z wszystkimi możliwymi satelitami (GPS, GLONASS, BDS Galileo i QZSS), ale sama gotowość jazdy jest wyraźnie dłuższa (około 1 do 2 minut), niż w towarzyszącym mi na co dzień Wahoo ELEMNT Bolt (tu wystarczy najczęściej kilkanaście sekund). Nie jest to jednak tak długi czas jaki niejednokrotnie trzeba było czekać w poczciwym Garminie Edge 500. Ponadto, nie zauważyłem by pogoda miała specjalny wpływ na łapanie satelit, a startowałem zarówno przy błękitnym niebie, jak i gęstej mgle.

Czarno-biały wyświetlacz o przekątnej 2,3″ jest przejrzysty, ostry, ma dobry kontrast i w każdych warunkach nie miałem problemów z czytelnością. Pięć personalizowanych ekranów (i 8 danych na każdym z nich) pozwala na śledzenie wszystkich wartości, jakich sobie zapragniemy. Konfigurować je możemy za pomocą dedykowanej aplikacji. Komputerek nie ma problemów przy łączeniu się z zewnętrznymi miernikami. Sprawdziłem to z moimi starymi czujnikami Magene, chociaż tylko stacjonarnie (A to dlatego, że z biegiem czasu wartości, które czujniki mierzyły nijak się miały do rzeczywistości – wymiana baterii czy pasków nie pomagała, dzisiaj już raczej nie wykorzystuję żadnych czujników i jest mi z tym dobrze 🙂 – to tak na marginesie). Można go też połączyć z czujnikami mocy i odczytywać te wszystkie dziwne wartości jak FTP, TSS i tak dalej… I najpewniej działa to poprawnie i dobrze, skoro zawodnicy Israel Start Up Nation korzystali z nich nie tylko treningowo, ale też w trakcie Wielkich Tourów.

fot. elite-it.com

To do czego bezwzględnie muszę się przyczepić, to przyciski. Mamy do dyspozycji cztery, dwa na dolnej krawędzi, a dwa od spodu. I przede wszystkim te drugie mogą sprawiać problemy. Ja miałem takie przynajmniej podczas jazdy w grubych rękawicach, gdy zwyczajnie nie miałem jak ich wcisnąć. Zresztą podobne problemy sygnalizowane są przez innych użytkowników, a np. plastikowy uchwyt z przodu blokuje dostęp do przycisku po prawej stronie. Przeniesienie ich choćby na boczne krawędzie zdecydowanie poprawiłoby ergonomię użytkowania. Oprogramowanie jest dość intuicyjne (ale mimo wszystko nie tak jak w Wahoo) i w zasadzie po kilkukrotnym przeklikaniu wszystkiego nie miałem problemów z obsługą Ridera 420. Na plus i to spory należy zaliczyć język polski, który dla wielu wciąż jest priorytetem.

Działanie urządzenia w otwartym terenie działa bez zarzutu, różnice pomiędzy Wahoo wynosiły do 1 km/h. Większe schody zaczynały się, gdy pojawiały się gęste drzewa, lub miejskie zabudowania. W lasach i parkach różnice wynosiły już nawet 5 km/h. Dla mnie osobiście nie ma to żadnego znaczenia, bo mam świadomość, że w takich warunkach pomiar prędkości z GPS-a doskonały nigdy nie będzie. Pozytywnym zaskoczeniem było za to trzymanie sygnału. Mamy we Wrocławiu takie dość rozległe przejście podziemne pod Placem Jana Pawła II, które lubię wykorzystywać, gdy dojeżdżam rowerem do pracy. Ilekroć wjeżdżałem tam z Wahoo, momentalnie tracił sygnał i przestał zliczać dystans. Dwukrotnie pokonałem go z Brytonem – ten prędkość i odległość mierzył cały czas.

Pewne opóźnienie Bryton notował też w trakcie autopauzy. O ile Wahoo potrafi się po zatrzymaniu wyłączyć niemal momentalnie i podobnie włączyć po ruszeniu, to Rider 420 potrzebował niejednokrotnie kilku sekund. Mam wrażenie, że to właśnie było powodem nieco zakłamanych wartości, jakie zmierzył Bryton – 200,78 km vs. 201,7 km w Wahoo. Zdecydowanie bardziej widoczne jest działanie barometru, które różni się dość znacząco w porównaniu do Bolta. Trasa zaplanowana w Komoocie miała mieć 520 metrów przewyższenia i chociaż nieco ją zmodyfikowałem w trakcie, uważałem że Wahoo przedstawił zdecydowanie bardziej wiarygodny pomiar.

Urządzenie potrafi nawigować po wgranym śladzie. Kursy można zsynchronizować ze Strava, Komoot lub RideWithGPS. Można również wyznaczyć trasę w aplikacji Bryton, chociaż sam jej interfejs jest dla użytkownika dość niezgrabny. Ponadto, gdy próbowałem w nim stworzyć dłuższą trasę, to np. kierował mnie na autostradę A4. Z tego względu również w przypadku Wahoo wykorzystuję głównie zewnętrzną aplikację do tworzenia tras – głównie Komoot’a (który zaskoczyć może co najwyżej pionową ścianką a Alpach, mimo że poniżej wzdłuż rzeki prowadzi piękna trasa rowerowa (true story). Wgrywanie śladów do urządzenia trwa krótką chwilę i co ciekawe różnica czasowa pomiędzy śladem 70 a 380 kilometrów wynosiła kilkanaście sekund. Nieco dłużej wgrywał ślad 4000 kilometrów (tak, mam takie), ale trwało to akceptowalne 3-4 minuty. Zaskakujące było to, że komputer często po wgraniu trasy pokazywał, że są dłuższe niż stworzony ślad (np. przy 70 km było 84), ale ostatecznie do mety dojeżdżałem z poprawną wartością. Nie wiem w którym momencie zostało to przez komputer skorygowane, ale podczas długiej jazdy dobrze jest wiedzieć, jak daleko mamy do mety.

Niestety, odniosłem wrażenie że sam ślad jest mocno niedopracowanym elementem. Wprawdzie prowadzi zakręt po zakręcie, ma możliwość wprowadzenia POI, to w momencie, gdy z śladu zjedziecie i odpowiednio szybko nie zareagujecie, to możecie już do niego nie wrócić. Bryton nie informuje o zjechaniu z obranej ścieżki, nie ma też informacji – jakie pamiętam choćby z Sigmy Rox 11, czy poczciwego Garmina Edge 500 – ile od śladu się oddaliliśmy. To, w szczególności gdybyście chcieli wykorzystać Brytona w trakcie coraz popularniejszych ultramaratonów może być irytujące. Choć samego działania GPS-a po śladzie nie neguję. W ten sposób – bez map – przemierzyłem chociażby Alpy. Pamiętajcie że to jest tylko ślad, który nie ma żadnego algorytmu obierania najbliższej trasy – jeśli poprowadzicie go po polach, to po tych polach pojedziecie (albo np. po hałdach – pozdrowienia dla chłopaków z Gravel Silesia). Mimo wszystko bardziej bym polecał korzystać z tego typu nawigacji na asfaltowych szosach, niż leśnych ścieżkach, czy górskich szlakach.

Dla wielu istotną funkcją Brytona jest możliwość połączenia z telefonem i pokazywanie powiadomień dotyczących zarówno połączeń, SMS-ów, jak i praktycznie wszystkich aplikacji. Ważnym elementem jest też dedykowana apka na smartfony (zarówno Android jak i iOS), która pozwala synchronizować nasze urządzenie z zewnętrznymi platformami, oraz konfigurować nasz komputerek. Co ciekawe, w aplikacji Bryton Active można tworzyć treningi lub synchronizować gotowe sesje z Training Peaks. Apka działa poprawnie, chociaż czasami pewne procesy wydają się dość nielogiczne i nieintuicyjne. Ale po zapoznaniu się z nią bliżej, wszystko staje się prostsze. Muszę jednak przyznać, że zdarzają się jej dość nieoczekiwane zawieszenia. Budowanie trasy – oprócz wspomnianych głównych dróg – ma jeszcze jedną wadę. Trwa zdecydowanie zbyt długo, gdy dodajemy kolejne punkty na mapie.

Podsumowując. Bryton Rider 420 jest bardzo przyzwoitym urządzeniem, który w mojej opinii zadowoli zdecydowaną większość amatorów kolarstwa. Najważniejszymi – z mojego punktu widzenia – mankamentami są przyciski i bardzo uboga funkcja prowadzenia po śladzie GPS. Ale nie każdy pokonuje tak długie dystanse i nie każdy tego też potrzebuje. Myślę, że za 549 zł jest to uczciwa i rozsądna propozycja. Proporcja ceny do bogatości funkcji jest imponująca i jeśli potrafisz pójść na pewne kompromisy, to będziesz zadowolony z tego urządzenia.

Komputer do testów przekazała Merida Polska – oficjalny dystrybutor marki Bryton w Polsce.

Przeczytaj również:

%d bloggers like this: