Showing: 1 - 10 of 65 RESULTS
Podróże

Zbyt szosowy na gravel i zbyt terenowy na szosę – EuroVelo 9

Hasłem EuroVelo określana jest sieć 14 długodystansowych szlaków rowerowych, które łączą różne zakątki Starego Kontynentu. Ich łączna długość przekracza 70 000 kilometrów, a główną ideą przyświecającą stworzeniu spójnej sieci jest rozwój turystyki zgodnej z hasłem “wczorajsi kupcy – dzisiejszymi turystami”. To odniesienie ściśle związane jest z czasami dawno minionymi, gdy jedynie kupcy korzystając z szlaków handlowych przemierzali kontynent wzdłuż i wszerz.

Historycznie osady ludzkie tworzyły się w miejscach, gdzie przebiegały szlaki handlowe, często ciągnące się przez tysiące kilometrów. W erze globalizacji handel odbywa się w większych aglomeracjach, które są połączone siecią autostrad, lotnisk, czy portów morskich. Wiele miasteczek, które w średniowieczu, czy okresie renesansu tętniły życiem, obecnie zostało odciętych od swoich korzeni. Ich rola została zmarginalizowana, a lata dawnej świetności można oglądać często tylko w lokalnych muzeach.

Unia Europejska zauważyła ten problem, który występuje nie tylko w Polsce, ale i innych krajach europejskich. W opinii Brukseli dla takich miejscowości szansą na rozwój jest zrównoważona turystyka. A impulsem do przyciągnięcia zagranicznego turysty może być długodystansowy szlak rowerowy – przygotowany w odpowiednim standardzie i odpowiednio promowany. Te standardy są szczegółowo opisane w dedykowanym przewodniku.

Przez nasz kraj przebiega pięć europejskich szlaków:

  • Szlak Stolic (EV 2): z Galway (Irlandia) do Moskwy (Rosja) – ok. 5 500 km
  • EV 4: z Roskoff (Francja) do Kijowa (Ukraina) – ok. 4 000 km
  • Szlak Bursztynowy (EV 9): z Gdańska (Polska) do Puli (Chorwacja) – ok. 1 900 km,
  • Szlak Morza Bałtyckiego (EV 10): z/do Kopenhagi (Dania) – ok. 8 000 km
  • Szlak Wschodniej Europy (EV 11): z Nordcapp (Norwegia) do Aten (Grecja) – ok. 6 000 km

W ubiegły weekend postanowiłem sprawdzić jak wygląda fragment Szlaku Bursztynowego znanego w Polsce bardziej jako “R9” – z Wrocławia do Poznania. To ponad 200 kilometrów z 1900 całego szlaku. Po wyjeździe z stolicy Dolnego Śląska kierujemy się na Wzgórza Trzebnickie po popularnej wśród lokalnych rowerzystów trasie przez Pasikurowice, Siedlec, Skarszyn i Skotniki docierając do popularnej Prababki. To niewielkie, kultowe wzniesienie pokonujemy jednak odwrotnie, niż to tradycyjnie ma miejsce. Wzgórza Trzebnickie to region o urozmaiconej konfiguracji terenu, a liczne podjazdy i zjazdy urozmaicają naszą podróż. Przy przejrzystej pogodzie jest spora szansa na dostrzeżenie rozległego widoku Sudetów, łącznie z Śnieżką i Karkonoszami. Mi niestety towarzyszyła bardzo gęsta mgła, miejscami ograniczająca widoczność do kilkudziesięciu metrów. Co na swój sposób też było dość urokliwe.

Mijamy Trzebnicę, omijając jednak centrum miasta kierując się na północ w kierunku lasów Doliny Baryczy. Niespecjalnie równa nawierzchnia tak jakby ostrzegała przed kolejnymi kilometrami. Kilkukilometrowy leśny odcinek w środku lasu prowadzi po bardzo zniszczonej szutrowej drodze, mocno wyboistej i pełnej błotnych atrakcji. Mimo, że jest on męczący i mocno irytujący warto przecierpieć, bo w nagrodę docieramy do ukrytego w środku lasu Jazu Niezgoda na rzece Barycz. W oficjalnych przewodnikach ten fragment można ominąć wybierając asfaltowy objazd, który jest polecany szczególnie turystom z sakwami i wózkami. To de facto jedyny gruntowy fragment na całym ponad 200-kilometrowym fragmencie szlaku. Wyjeżdżając z lasu docieramy do rezerwatu Stawów Milickich, a wąska ścieżka wzdłuż wodnych akwenów prowadzi do Rudy Sułowskiej.

Kolejne kilometry są już tylko asfaltowe, chociaż na mapie tak oczywiste to nie było. Generalnie rzecz ujmując – im bliżej Poznania, tym nawierzchnia staje się coraz lepsza. Zaczynają się też pagórki, których po minięciu Wzgórz Trzebnickich brakowało. To urozmaicenie terenu pozwala zwalczyć nudę, bo wokół oprócz pól i lasów nic ciekawego się nie dzieje.

Przed Gostyniem droga odbija w lewo, by dowieźć nas na Świętą Górę, gdzie znajduje się zbudowany na wzór weneckiej bazyliki Santa Maria della Salute zespół klasztorny filipinów. Od Czempina ruch na drodze znacząco wzrasta, co oznacza że stolicy Wielkopolski jest coraz bliżej. Na szczęście sytuację ratują ścieżki rowerowe, których – co warto dodać, dobrej jakości – jest tutaj całkiem sporo. Do Poznania docieramy od strony Lubonia, wciąż korzystając z szerokiej i przyjemnej drogi dedykowanej rowerzystom.

To według Wahoo jest droga szutrowa

Podróże

Recepta od natury

Z roku na rok coraz bardziej doceniam to co daje nam natura. Jazda na rowerze sprawia, że to obcowanie z otaczającą wokół przyrodą jest łatwiejsze, a jej docenianie bardziej świadome. Czym natura jest dla mnie? Jest to spokój, ukojenie, szczęście, przygoda, radość i poczucie, że to co dzieje się wokół mnie nie jest dziełem przypadku. Wiele z moich najbardziej pamiętnych chwil jest wynikiem przebywania na zewnątrz, zabawy na łonie natury.

(więcej…)
mamba on bike
Podróże

Jazda na gravelu niejedno ma imię. Trzy Hałdy Race

Moja przygoda z rowerem “żwirowym”, nazywanym nowocześnie i modnie gravelem rozpoczęła się po obejrzeniu filmów takich jak ten poniżej, z Dirty Kanza. Zwykła szosa i jazda po asfalcie przestała mi wystarczać, chciałem mieć więcej możliwości na wykorzystanie roweru z barankiem i nie ograniczać się, gdy gładka nawierzchnia się skończyła.

(więcej…)
great lakes gravel
Podróże

Nie planuj niczego – z wyprawy bikepackingowej na Great Lakes Gravel

Powolnie obracając korbą wspinam się na kolejną hopkę, tym razem nieco solidniejszą, której nachylenie dochodzi nawet do 10%. Uwielbiam to uczucie przyjemnego łaskotania mięśni. Jeszcze nie jest to krzyk rozpaczy, ale wiem że już przekroczyłem pewną granicę komfortu. Właśnie teraz czuję, że żyję. Taka jazda właśnie sprawia mi najwięcej przyjemności. Spoglądam na Wahoo, które pokazuje już ponad 3000 metrów przewyższeń. Kiedy? Choć Mazury wcale płaskie nie są, to te podjazdy są jakieś inne. Tak jakby życzliwsze dla nóg. A może to ta różnorodność trasy sprawia, że nie odczuwam specjalnego zmęczenia? Jedzie się całkiem sympatycznie, na horyzoncie widać już złociste niebo, które zapowiada kolejny ciekawy dzień. Choć tych w ostatnim czasie wcale nie brakowało. Oj, nie brakowało.

(więcej…)
Motywacja Podróże

Maraton Północ – Południe. Z Helu pod samiuśkie Tatry

Ta cisza stała się nieznośnie niepokojąca. Blask gwiazd rozpościerający się nad głową zdawał się sygnalizować, że coś tu nie gra. Wyostrzam swoje zmysły, nasłuchując i próbując cokolwiek zobaczyć w ciemności otaczającej nocy.  Z lewej strony ciągnące się w nieskończoność pola kukurydzy, z prawej pojedyncze domostwa, których otwarte bramy wzmagają moją czujność. Mówię sobie w głębi duszy, tym razem nie dam się zaskoczyć. Uprzedzę Was.

(więcej…)
Podróże

Gotowy do drogi (wersja 2020)

Coraz częściej z Waszych ust słyszę pytania, dlaczego wybrałem bikepacking, a nie “tradycyjne” sakwiarstwo? I w jaki sposób potrafię spakować “cały dom” w tak niewielki litraż. Poniższa odpowiedź będzie nieco, a nawet bardzo subiektywna, ponieważ mam tylko wyobrażenie i spostrzeżenia z boku, jeśli chodzi o sakwiarstwo, a nie prawdziwe doświadczenie.

Myślę, że odpowiedzią na to pytanie będzie rzecz, którą najbardziej cenię w jeździe na rowerze. Jestem szosowcem i mimo posiadania gravela i blisko 20 000 kilometrów na nim przejechanych to się znacząco nie zmieniło. Lubię pokonywać dystanse szybko*, a chęć poznawania świata i odwiedzania nowych miejsc zachęciła mnie kilka lat temu do bikepacking’u.

Bikepacking w moim odczuciu pozwala na zdecydowanie więcej, a bikepacking na gravelu w zasadzie nie ogranicza nas wcale. Zaś turystyka rowerowa z sakwami to koncepcja jazdy na rowerze po ustalonej, głównie dobrze przygotowanej trasie bez zbytniego zjeżdżania z niej. Turystyka rowerowa zdecydowanie różni się też pokonanymi dystansami, szybkością jazdą i jej wydajnością.

Bikepacking nie jest nowy, ponieważ koncepcja przypinania toreb do roweru jest tak stara, jak same rowery. Ta forma podróżowania rozwinęła się w ciągu ostatnich 5 lat za sprawą dość dużej uniwersalności jaką daje podróżowanie na lekko. Nie bez przyczyny najlepszą odpowiedzią na pytanie: “jaki rower jest najlepszy do bikepacking’u” jest: “ten, który aktualnie posiadasz”.

Dzięki torbom, które montuje się w ramie, na sztycy i kierownicy możemy równomiernie rozłożyć całkowity bagaż, jaki ze sobą przewozimy. Taki sposób pakowania pozwala również na przyjemniejszą i bezpieczniejszą podróż po nierównych szlakach i drogach.

Bikepacking to także sztuka dostosowywania się. Najlepszym zestawem bikepackingowym jest ten, z którego aktualnie korzystamy. Przez kilka lat jeżdżenia nie zdarzyło mi się, bym posiadał dokładnie taki sam ekwipunek. Wraz z nabieraniem doświadczenia się on zmieniał i zmienia nadal, a ja oprócz eliminowania zbędnych gratów staram się próbować czegoś nowego.

Publikuję ten tekst na chwilę przed wyjazdem w nieco dłuższą podróż. Uprzedzając pytania, które z pewnością się pojawią przy okazji wyprawy, poniżej publikuję listę rzeczy, które ze sobą zabieram i które będę mógł wykorzystać w jej trakcie.

1 – SZakwa – torba podsiodłowa “w sam raz”. Nie jest ani za mała, ani za duża, nie buja na boki i jest po prostu dobra. W środku mieści bieliznę do spania, drugi komplet odzieży do jazdy, śpiwór Cumulus i kurtkę (którą w przypadku dobrych prognoz zamienię na bluzę).

2 – Uprząż, którą jakich czas temu wykonałem według własnego projektu. W worku wodoszczelnym schowany jest namiot Naturhike Tagar 1, materac Naturhike i zestaw do parzenia kawy. Waga bagażu z przodu to raptem 1700 gram.

3 – Torba w ramie Blackburn Outpost Elite. Najnowszy nabytek, zakupiony po kilku miesiącach bardzo dobrych doświadczeń ze starszą siostrą. Model w rozmiarze L jest niezwykle lekki i pojemny. Idąc od dołu zmieścił skarpety wodoodporne (które trochę miejsca potrzebują), owiewki, nogawki, rękawki, apteczkę i kosmetyczkę, ręcznik, folię NRC, kurtkę i spodnie wodoodporne. Na górze bez problemu zmieścił się jeszcze dron, wraz z dodatkowymi akumulatorami i ładowarkami USB. Z boku trzymam dokumenty, dłuższe trytytki i vlepy, by świat się dowiedział gdzie byłem 🙂

4 – Praktyczna torebka, która idealnie mieści powerbank 20 000 mAh, duży telefon, chusteczki nawilżane, klucze i inne podręczne drobiazgi.

5 – Food bagi – czyli miejsce w którym przechowuję jedzonko 🙂

6 – Napęd – bo o to też pytacie 🙂 Sram Apex 1 (42×11-42), hamulce i tarcze TRP Spyre-C, klocki ceramiczne od znanego YouTube-ra 🙂

7 – Koła składane z komponentów DT Swiss: obręcze R500db, piasty DT350 i szprychy Competition. Na nich nałożone opony tubeless Vittoria Terreno Zero 650×47 z mlekiem Trezado.

8 – Narzędziownik – czyli miejsce na zapasowe części: klocki hamulcowe, dętka, łyżki, zestaw naprawczy do tubeless, zapasowy wentyl, łatki samoprzylepne, trytytki, taśma izolacyjna, przejściówka Presta/Schroeder, olej.

9 – Lemondka – ani typowo turystyczna, ani typowo czasowa. Taka w sam raz, która pozwala na wygodną jazdę w kilku pozycjach. Kupiona w niebieskim markecie sportowym.

10 – Gaz pieprzowy – nigdy nie wykorzystywałem, ale lepiej być przygotowanym

11 – Jeszcze jeden świeży patent, pozwalający trzymać bidony zamocowane do siodełka.

Na zdjęciu nie widać oświetlenia. Moim głównym światłem jest Mactronic Noise 2 z przodu i Mactronic Walle z tyłu, zaś w zapasie trzymam akumulatorowe Ravemen i SeeSense.

* – umiarkowanie szybko 🙂

Podróże

The Socially Distanced

Klasyk Południa. Tak kolarska społeczność Wrocławia i okolic nazywa pętlę wokół wznoszącej się nad okolicą Ślęży. Ilość możliwych konfiguracji takiej rundy jest spora i powiększa się z każdym rokiem, wraz z kolejnymi remontowanymi drogami. Klasycznie, znaczy po asfaltach i to najlepiej idealnie gładkich, których na Dolnym Śląsku nie brakuje. …a jakby tak zrobić go zupełnie nieklasycznie? Z wykorzystaniem gravela i ścieżek niekoniecznie asfaltowych?

(więcej…)
Podróże

Velo Dunajec – czyli ładniej w Polsce się nie da

Jeśli usiądziesz pod ładnym parasolem to poczujesz się jak na wakacjach. Nieważne, czy będzie to przytulny taras, ogród, czy balkon. Uruchamiając wyobraźnię, poczujesz się jak w słonecznym kurorcie gdzieś na końcu świata. Poczujesz się zrelaksowany i odprężony, bo tak naprawdę najwięcej radości czerpiesz z przebywania na zewnątrz, prawda? Oczywiście, długie podróże po nieznanych terenach to zupełnie coś innego, ale jeśli nie jest to możliwe, dość łatwo podróżniczo-wakacyjną atmosferę można przenieść do własnego ogrodu. W szczególności, gdy ten ogród – jak się okazuje – wcale nie jest Ci znany.

(więcej…)
dlouhe strane
Podróże

Jeseniki i bikepacking to zawsze najlepsza przygoda

Czy masz jakieś plany na weekend? – to pytanie, w szczególności w tym roku wywołuje we mnie nieokreślone uczucie, będące mieszanką rozdrażnienia, irytacji i bezradności. Odpowiedzieć, że nie mam będzie dość dużym nadużyciem, bo w aplikacji Komoot czeka co najmniej kilkanaście śladów gotowych do natychmiastowego wykorzystania. Zdanie twierdzące byłoby wprawdzie prawdziwe, ale obarczone sporym ryzykiem odwołania planów w ostatniej chwili. Na szczęście tym razem plan udało się zrealizować, i to z nawiązką.

(więcej…)
Podróże

Zachwycająca kraina nad Orlicą

Odwiedzenie kraju Pardubickiego, oraz Gór Orlickich czyli obszarów ściśle związanych z przepływającą tam rzeką Orlicą obiecałem sobie już dość dawno temu, podczas powrotu z alpejskiej wyprawy Tour de Dreams. Wówczas, tylko przez chwilę cieszyłem oczy genialnymi widokami, które można tam odkryć. W końcu czas i pogoda pozwoliły, by nadrobić zaległości. Dwa dni, ponad 270 kilometrów w nogach oraz ponad 3000 metrów wspinaczki – tak wyglądają liczby, a jak wygląda kraina nad Orlicą? Zapraszam do lektury.

Miejscem startu i mety było dla mnie Międzylesie, małe miasteczko na południe od Kłodzka, tuż przy granicy z Czechami. Otoczone z każdej strony górami, zachwyca możliwościami spędzania aktywnie czasu i naładowania akumulatorów, nie tylko na rowerze. Po opuszczeniu dworca kolejowego, udaję się w kierunku południowo-zachodnim, do przysiółka Kamieńczyk i turystycznego przejścia granicznego. Stosunkowo niedawno wyremontowana droga pozwala przejechać na drugą stronę granicy bardzo komfortowo. Chociaż nie. 15% jakie doświadczymy tuż przed wjazdem do Czech potrafi zaboleć i zmęczyć dość solidnie. Na szczęście zjazd do Mladkova jest szybki, szeroki i bezpieczny.

Zmierzając do Letohradu natrafiam na zamkniętą drogę. Nie ma tego złego – bo znaleziony naprędce objazd przez Klášterec nad Orlici zapewnia genialną panoramę na rozpościerające się po horyzont góry. Tam też wjeżdżam w sieć rowerowych ścieżek, którymi będę jechał już w zasadzie do końca dnia. Pierwsze kilometry prowadzą jeszcze po wiejskich, spokojnych i pustych uliczkach. Ale od Letohradu czeka na mnie przeznaczona tylko dla rowerzystów, genialna asfaltowa trasa nr 18 z której chętnie cykliści korzystają. Co chwilę mijam kolejne małe budki “piwne” w których można uzupełnić braki energetyczne. W takim klimacie docieram do miejscowości Choceň.

Cyklostezky

Mapa sieci czeskich szlaków rowerowych oznaczonych charakterystycznymi żółtymi tablicami, jest dostępna pod adresem: http://www.cykloserver.cz/

Góry już praktycznie zostały za mną, jadę po płaskowyżu, który niespecjalnie powinien sprawiać kłopoty. Powinien, ale porywisty południowo-zachodni wiatr sprawia, że jest inaczej. Dodatkowo, intensywne słońce skutecznie wyczerpuje moje pokłady energii. Byle górka wygląda jak Przełęcz Karkonoska, a ja wyczekuję jakiegoś lasu, którego orzeźwiający cień pozwoli odetchnąć od słonecznych promieni, a same drzewa przynajmniej trochę zatrzymają porywy wiatru.

Za miejscowością Bělečko opuszczam Kraj Pardubicki wjeżdżając na kolejną genialną rowerową autostradę, która doprowadzi mnie do Hradec Kralove. Znów mijam tłumy innych rowerzystów, którzy ukrywają się przed upałem w leśnych knajpkach z piwem, oraz zachwycają się… dzikami w rezerwacie tuż obok ścieżki.

Hradec Králové, który jest jednym z większych ośrodków miejskich północnych Czech. Jest również istną gratką dla wielbicieli wyjątkowej architektury, zarówno tej dawnej, jak i współczesnej. Miasto to może poszczycić się wieloma kubistycznymi i renesansowymi domami o pastelowych kolorach. W okresie renesansu pracowało tu wielu czeskich i zagranicznych uczonych oraz rzemieślników, którzy zbudowali tu znaną dominantę Hradca – Białą Wieżę, czyli renesansową dzwonnicę. 

Obowiązkowym punktem w wycieczce po tym mieście jest otoczona murem zadbana, częściowo zbudowana w stylu secesyjnym starówka, której uroku dodają liczne kamieniczki z podcieniami. Nie da się pominąć górującej nad rynkiem przepięknej gotyckiej Katedry ducha świętego (Katedrála Sv. Ducha), ratusza i wspomnianej dzwonnicy.

W Hradec Kralove swoje ujście do Łaby ma też Orlica. Od teraz jadę wzdłuż Łaby kolejną spokojną i przyjemną ścieżką rowerową. Cały Szlak Łabski ma ponad 1000 kilometrów, z czego w samych Czechach około 400. Z Szpindlerowego Młyna można dotrzeć brzegami Łaby aż do Morza Północnego. Ja dotarłem “nieco” bliżej, bo w okolicach miejscowości Jaromer odbiłem w kierunku polskiej granicy. Dość mocno zmęczony zatrzymałem się na campingu w Nachodzie.

Drugi dzień poświęciłem na odwiedzenie polskiej części Gór Orlickich, a konkretniej przejazdu kultową “Autostradą Sudecką”, rozciągającą się od przełęczy Polskie Wrota aż do Międzylesia. O poranku, tuż po wschodzie słońca ruszyłem jednak najpierw sprawdzić ukryte w okolicach Kudowy-Słone ścieżki systemu Singletrack Glacensis. W pobliżu przysiółka Brzozowie znajdują się cztery pętle o różnym stopniu trudności. Tego dnia zdobyłem jeszcze Jagodną, również korzystając z singla. Niezmiennie polecam przejechanie przynajmniej w pewnym stopniu (cała sieć ma blisko 300 kilometrów z trasami dojazdowymi) tych tras, które moim skromnym zdaniem są przykładem świetnie wydanych pieniędzy.

Ale wróćmy na trasę. Autostrada Sudecka, czyli droga wojewódzka nr 389 Stokami Orlicy wspina się do Zieleńca, osiągając najwyższą wysokość 925 m n.p.m. Ten odcinek biegnący przez Góry Orlickie nosi nazwę Drogi Orlickiej. Dalej zjeżdżamy w dolinę Dzikiej Orlicy i przez wsie Mostowice i Lasówkę docieramy do rozwidlenia. DW 389 skręca na południowy wschód, w Góry Bystrzyckie, wspinając się na Przełęcz Spaloną. Podjazd jest łagodny i przyjemny w podjeżdżaniu, nawet z kompletem tobołków przypiętych do roweru. Na przełęczy uciekłem na eksplorację singla, a z powrotem wróciłem na asfaltową jezdnię pieszym szlakiem. To chyba jeden z najgorszych fragmentów asfaltowej nawierzchni, jaką jechałem w swoim życiu. Droga zniszczona przez spadające kamienie spowalnia i powoduje mnóstwo frustracji. Nie trwa to jednak długo, a na Przełęczy nad Porębą odbijam w prawo na całkiem gładki i nowy asfalt. W takim klimacie docieram do Międzylesia, kończąc naprawdę udany weekend.

Eksplorację tych terenów polecam każdemu, a że jest gdzie jeździć, przekonał mnie Maciek Hop, który spędził w Orlicach nieco więcej czasu.


A jak jest w Krainie nad Orlicą? O tak właśnie: