Czy to srebrzyście świecący swoją pełnią księżyc, czy co innego obudziło mnie tego poranka? Nie mam pojęcia. Jest 5:00 rano, choć jeszcze wczoraj srebrny zegar wiszący na ścianie pomalowanej czarną farbą tablicową wskazywał godzinę 6:00. Dzień krótszy o godzinę, ale jednocześnie dłuższy. Krótszy o sen, ale dłuższy o przygodę, którą można przeżyć. I choć oszronione od zewnątrz okna wcale nie zachęcają do wstawania, robię to.

pełnia księżyca

Odsypiać w weekend cały tydzień to nie jest czynność, która jest bliska mojemu sercu. Odsypiać weekend przez cały tydzień już prędzej. Tego dnia wszystko wokół nie motywowało, by szybko się zebrać i siąść na rower. Ekspres się buntował nie chcąc parzyć kawy, skarpetka do pary się nie chciała odnaleźć, a telefon nie chciał się szybko ładować. Mijały minuta za minutą, a ja wciąż byłem w powijakach. Czy to długa zima, czy ta zmiana czasu, a może starzeję się po prostu? – zastanawiałem się głęboko w sercu. Przecież kilka lat temu zerwanie się z łóżka w niedzielę wcześnie rano było czymś zupełnie normalnym.

Ruszam wraz z pojawieniem się na wschodnim horyzoncie złocistej tarczy Słońca. Ten blask wysyła do mózgu rozgrzewające impulsy, które są tak potrzebne tego poranka. Moje myśli kierują mnie jednak nie ku wschodowi, a na południe. W góry. Nie mam pewności, czy na pewno będą dla mnie dostępne, ale mam nadzieję, że doświadczę swoistej ekscytacji, jakie budząca się wiosna zapewnia. Choć osobiście Góry Sowie uwielbiam najbardziej eksplorować jesienią. Wtedy milion barw jesieni zapewnia niezwykłe doznania, które po każdym kolejnym podjeździe są tylko potęgowane.

wschód słońca marzec

Lubię Góry Sowie, które stały się dla mnie substytutem Jesioników (lub Jeseników – jak kto woli). Czeskie pasmo jest wciąż dla nas, Polaków niedostępne “z wiadomych przyczyn”, dlatego to Sówki właśnie stają się naturalnym wyborem. Wiele osób zna je tylko w klasycznej wersji. Ale poza przełęczami Walimską, Jugowską, Woliborską i Srebrną Górą, Góry Sowie oferują zdecydowanie więcej. Ten dzień, miał być dniem ścianek. Chciałem, aby Sowie po ospałej zimie weszły mi w nogi, tak konkretnie. Owe “ścianki”, czyli podjazdy z nachyleniem grubo przekraczającym 10% nie mają wielu zwolenników. A ja je wręcz uwielbiam. Choć nie jestem typem górala i wjeżdżam raczej wolniej niż szybciej, to takie trudne segmenty motywują mnie bardziej. W Górach Sowich po niemal każdym takim fragmencie satysfakcja jest jeszcze większa, bo towarzyszą nam niesamowite widoki. Takie, których w klasycznej wersji z pewnością nie doświadczycie.

Dojeżdżając do Lubachowa przy zaporze wodnej, będącej jednym z najpopularniejszym “instagramowych” miejscówek w Sówkach spotykam Maćka z ekipą. – Przyjechałeś z Wrocławia? – Zadając to pytanie, Maciek już wie, że jest retoryczne. – My prawilnie, samochodami. Rozjeżdżamy się każdy w swoją stronę, choć tego dnia miniemy się jeszcze nie raz. Jadąc wzdłuż Jeziora zbliżam się do Michałkowej, nie wcale tak małej wsi, rozciągniętej pomiędzy Doliną Michałkowego Potoku. Droga pnie się do góry z każdym kolejnym pociągnięciem korbą zwiększając swoje nachylenie. U podnóża schroniska na Borecznej przekracza ono już solidnie 15%. Podjazd rozgrzał mnie solidnie, dlatego południowo-zachodni wiatr, który rozhulał się już na dobre szybko wychładza mój organizm. Zjeżdżam do Glinna mając przed sobą jeden z najwspanialszych widoków na najwyższy szczyt pasma – Wielką Sowę.

Odbijając do Tonowic mijają mnie kolejne grupy kolarzy, którzy podobnie jak ja są żądni gór. Niektórzy są żądni podjazdów, inni krajobrazów. Wszystkich nas jednak łączy miłość do dwóch kółek, którą każdy z osobna definiuje na swój sposób. Wspomniane Tonowice to kolejny z przysiółków Michałkowej, który ukrywa następny podjazd. Do zrobienia go w całości powstrzymują mnie duże i nastawione niezbyt pokojowo psy, biegające wolno nie tylko po posesji właściciela, ale również po publicznej drodze. Nie jestem psiarzem – wręcz przeciwnie. W dzieciństwie zostałem pogryziony przez amstaffa, który miał być – jak większość właścicieli określa – pozytywnie nastawionym do ludzi zwierzakiem. I zapewne w większości przypadków tak właśnie jest, ale tamto wydarzenie zostawiło na mojej psychice bardzo wyraźną bliznę i do dzisiaj nawet do najmniejszych kundelków podchodzę z dużą ostrożnością. Dlatego pokojowo się wycofałem i wróciłem do Glinna, by alternatywną drogą – z kolejnym mało znanym podjazdem – dotrzeć na szczyt Tonowic.

Zjeżdżając do Walimia towarzyszył mi już nie przyjemny, a coraz mroźniejszy wiatr, wszakże i wysokość na której przebywałem nie była wcale mała. Na skrzyżowaniu nie wybieram ani drogi na Przełęcz Walimską, ani ścieżki prowadzącej do kompleksu “Włodarz”. Wybieram drogę na Grządki, lub jak kto woli Kolonię Królowej Jadwigi. To bodaj najdłuższy tak stromy podjazd w Górach Sowich, gdzie nachylenie niejednokrotnie przekracza 20%. Na zjeździe do Sierpnicy trzeba uważać na przecinające drogę kanały deszczowe oraz luźny piach, którego wciąż po zimie jest tu sporo. W lesie zalega też dużo śniegu, a przy gruncie utrzymuje się lekko ujemna temperatura, każąc jechać rozważnie i ostrożnie.

Przez Sierpnicę można dostać się na Przełęcz Sokolą, wcześniej jednak trzeba się pomęczyć z kolejnym podjazdem. Przez samą wieś nie jest on spektakularny, wręcz odwrotnie – dość przyjemny, ale za Rozdrożem pod Sokołem droga zaczyna się wznosić znacząco stromiej. W lesie znów zaskakują śnieżne zaspy i oblodzona droga, która wprowadza mnie w poślizg. Decyduję się zawrócić, nie ryzykując jazdy w dół taką nawierzchnią do Sokolca. A szkoda, bo tam czekał na mnie kolejny przyjemny odcinek, który swego czasu ochrzciłem na Stravie nazwą “Wstęp do szczęścia”. Jeśli zastanawiałeś się, kto stworzył tak nazwany segment, to już wiesz 🙂

Sokolec – tym razem mnie tutaj nie było

Nogi podpowiadają, że choć nie było zbyt wielu podjazdów, znacząco odczuwają trudy tego co im zaserwowałem. A że do domu wciąż jeszcze 80 kilometrów, decyduję się że tego dnia podjazdów wystarczy. Wprawdzie przy zjeździe mózg przypomniał mi o ulicy Drzymały na której swego czasu Rafał Majka wspinał się po jedyne w swoim dorobku Mistrzostwo Polski, to czołowy wiatr prędko kazał mi zrezygnować z tego pomysłu. Następnym razem nadrobię. I odwiedzę kilka następnych miejsc, o których wiele osób zapewne nie słyszało. Do zobaczenia – w Górach Sowich!

Przeczytaj również:

%d bloggers like this: