Góry Izerskie na turystycznej mapie Polski nie zajmują zaszczytnego miejsca. Daleko im do tatrzańskich strzelistych skał, czy choćby będących tuż obok Karkonoszy. W świadomości przeciętnego turysty są mekką narciarskich biegaczy ściągających tłumnie każdej zimy do Jakuszyc. Rowerzyści kojarzą je przede wszystkim z siecią ścieżek singletrack. Ale Izery to zdecydowanie więcej, Izery to idealna kraina do gravelowej eksploracji.

Zamknięcie granic nie jest takie złe, jakby się mogło wydawać. Pozwala odwiedzać miejsca, które do tej pory znajdowały się w schowanej głęboko w szufladzie liście miejsc do odwiedzenia “na później”. Do tej pory ta część Polski kojarzyła mi się przede wszystkim z Stogiem Izerskim i prowadzącą z Czerniawy katorgą – czyli najcięższym kilometrem w Polsce, jeśli chodzi o asfaltowy podjazd. To ten sam podjazd, który w ubiegłym roku podczas Race Through Poland pokonywałem w środku nocy, przy gęstej mgle i padającym deszczu.

Tym razem na eksplorację Izerów wybrałem się gravelem. Wczesnym rankiem wsiadłem do pociągu, który zawiózł mnie do Jeleniej Góry. To doskonała baza na start trasy, jak i jej metę, gdy zmęczeni będziemy zjeżdżać z Szklarskiej Poręby w dół.

Tuż po 7:00 rano wyruszam spod dworca w kierunku wsi Kopaniec położonej u podnóża Grzbietu Kamienickiego. Wąską asfaltową drogą mozolnie wspinam się do góry. Gdy kończą się zabudowania i zaczyna się las, za szlabanem kończy się także asfalt który zamienia się w rewelacyjny szuter. Taka nawierzchnia towarzyszy mi w zasadzie do samego Rozdroża Izerskiego, gdzie wjeżdżam na Grzbiet Wysoki.

Nawierzchnia nadal nie sprawia żadnych problemów, jedzie się bardzo płynnie i równo. Sytuacja zmienia się dopiero, gdy skręcam w prawo, chcąc zjechać do Świeradowa. Szlak wyraźnie rzadko użytkowany jest pokryty gęstą trawą w której kryją się ostre kamienie. Zjeżdżanie w takich warunkach jest jeszcze bardziej wymagające, niż wcześniejsze wspinanie się do góry. Na szczęście mniej więcej po kilometrze nawierzchnia się wyraźnie poprawia. Docieram do miasteczka, uzupełniam zapasy wody, ładuję akumulatory i ruszam w kierunku “katorgi”. Tym razem nie jadę klasycznie, z Czerniawy, a skrótem, odbijając w lewo chwilę za dolną stacją kolejki gondolowej.

Mam nadzieję, że przynajmniej chwilę dłużej utrzymam się w blokach, ale nic z tego. Najcięższy kilometr w Polsce nie daje taryfy ulgowej – bez silnych nóg, nie ma szans na podjeżdżanie. No, chyba że wypożyczymy w jednej z kilku wypożyczalni e-bike’a. Mozolnie wchodzę do góry mając wrażenie, że rok temu, nocą, szło się jakoś łatwiej. Co chwilę spoglądam za siebie, oglądając spektakularną panoramę Dolnego Śląska rozciągającą się na horyzoncie. Ale najlepsze widoki i tak są dostępne pod szczytem, przy schronisku.

Mimo, że był to przedostatni dzień maja, temperatura i porywisty północny wiatr szybko wyziębiły rozgrzany organizm. Nie tracąc zbytnio czasu, zjeżdżam w dół, asfaltową ścieżką, która – powiedzmy sobie szczerze – nie należy do najlepszych. Taka nawierzchnia, raz lepsza, raz gorsza – ale wciąż asfaltowa – towarzyszy mi przez kolejnych kilka, jeśli nie kilkanaście kilometrów. Droga co raz pnie się to w górę, to w dół, chociaż jazda po Wysokim Grzbiecie jakoś spektakularnie trudna nie jest. Mijam po lewej stronie Świeradowiec, po prawej Podmokłą i Rudy Grzbiet. Docieram do Hali Izerskiej, która pozwala zachwycać się kolejnymi wspaniałymi górskimi sceneriami.

Wzdłuż Izery i polsko-czeskiej granicy docieram do Stacji turystycznej Orle. To jedno z najwspanialszych schronisk w okolicy, którego budynki kiedyś były obiektami huty szkła. Stanowi niezłą bazę na biwak, choć takich miejsc w Izerach jest zdecydowanie więcej. Jak choćby bardzo ciekawie zaprojektowane wiaty z “naturalnym” dachem, które oprócz schronienia od deszczu, pozwolą przenocować.

W Jakuszycach postanowiłem wjechać na singletrack, który hucznie został otwarty jesienią ubiegłego roku. Po przejechaniu sporej części szlaków Glacensis spodziewałem się chyba zbyt wiele. A podążając ścieżką w okolicach Szklarskiej Poręby czułem spory niedosyt i rozczarowanie. Single, mimo że relatywnie wciąż nowe są już mocno wypłukane, w wielu miejscach bardzo nierówne, do tego wydają się być nieprzewidywalne. Tak naprawdę przejechanie kilkukilometrowego fragmentu kosztowało sporo sił. Na plus zasługuje infrastruktura dodatkowa w postaci wiat i zestawu narzędzi. Choć pozostawienie ich na otwartej przestrzeni, sprawia że są już dość mocno skorodowane i nie przewiduję, by wytrzymały długi okres czasu – i to nie bynajmniej z przyczyn działalności ludzkiej.

I podnóża Wysokiego Kamienia przemierzam lasy idealną gravelową autostradą, która prowadzi mnie aż do Zakrętu Śmierci. Tam kończę eksplorowanie Izerów, ale nie kończę dnia. Już w 100% po asfalcie liżę nieco Karkonoszy wspinając się do Jagniątkowa i zgrabnie omijając kolejne deszczowe chmury przez Rudawy Janowickie docieram do Marciszowa.

Czy Izery nadają się na gravela? Zdecydowanie! Jest to kraina wręcz pod tego typu rowery stworzona, pozwalająca niespiesznie eksplorować kolejne ścieżki. To też świetne miejsce na kilkudniowy wypad bikepacking’owy. Miejsc do biwakowania nie brakuje, a tereny lasów w Świeradowie i Szklarskiej Porębie znajdują się na pilotażowej liście miejsc przeznaczonych do bushcraftu. Nie mogę się doczekać otwarcia granic, by móc tu wrócić i zaliczyć również czeską część tej niezwykłej krainy.

Przeczytaj również:

%d bloggers like this: