Podróże

Jadę na Tour!

Wczoraj skończyła się zima. Przynajmniej klimatyczna, choć szczerze Wam przyznam, że wcześniej o takiej nie słyszałem. Dopiero kilka(naście) dni temu, gdy zaczęto o niej mówić głośno z powodu himalaistów w Karakorum. Z geografii prymusem nie byłem, a jeden mój nauczyciel wielbił mapę, długości i szerokości geograficzne, kolejna nie wiedziała czym jest Czumulungma. Więc może dlatego.

Ale z tym końcem zimy w lutym jest coś na rzeczy. Mimo, że za oknem jedynie piękne słońce zachęca do wyjścia na rower a skandynawsko-syberyjski mróz szybko powstrzymuje wszelkie zapędy, to do kręcenia ciągnie. Zawsze ciągnęło. Ilość dni spędzonych w czterech ścianach, bez dostępu do świeżego tlenu sprawia, że człowiek świruje. Bo ile można męczyć tego Spinnera, który zresztą ma swoje najlepsze czasy za sobą? Próbuję wygrać z Dziadkiem Mrozem i co rusz wychodzę mu naprzeciw, stoczyć tą nierówną walkę, która staje się jeszcze bardziej nierówna, gdy przychodzi mi się mierzyć jeszcze z wichurą. W sobotę wytrzymałem 42 kilometry, choć od 25-tego walczyłem już tylko nogami. Sorry, taki mamy klimat, cytując klasyka (ups, klasyczkę).

Szkic

Dlatego dopóki mam czas, którego niebawem zabraknie, spędzam go przed moją Yogą kreśląc takie jak wyżej modernistyczne obrazki. Pamiętam, że w podstawówce miałem nauczycielkę plastyki (cholera! znowu mnie wzięło na wspomnienia), której podobało się wszystko. Gdy mieliśmy z nią ostatnią lekcję to wystarczyło oddać pracę i można było pójść do domu. Kiedyś właśnie z takim zamiarem chlapnąłem niebieską farbą jedną wielką kropę na kartce papieru, a ona się zachwycała tym przez kolejne pół godziny. I cały mój misterny plan urwania się z budy poszedł w p…. Może jeszcze nic straconego i jakimś Picassem zostanę? Co myślicie?

Wracając jeszcze do tego uroczego obrazka on ma swoją historię. Dość świeżą, bo sprzed kilku dni. Wchodzę na strefę cardio (kto to tak beznadziejnie nazwał?) jednego z wrocławskich klubów, ustawiam sobie Spinnera, co trwa nieco czasu – to dziwne urządzenie, które mimo że wygląda tak samo to zawsze ustawia się na inaczej, no chyba że ujeżdżasz przez miesiąc tego samego i nikt Ci tych ustawień nie rusza, co w tym sezonie mi się przydarzyło. Podchodzi trener siłowni, taka powiedzmy ważna persona, która powinna teoretycznie robić wszystko, abyś nie zrobił sobie krzywdy – teoretycznie. I zagaduje.

– Widzę, że często kręcisz na rowerze, długo już jeździsz? – i inne pierdoły – Słuchaj bo mamy taki konkurs, że przez trzy minuty jeździsz na rowerze na najwyższym obciążeniu i próbujesz ujechać jak najwięcej, można wygrać nagrody, chcesz spróbować? Czemu nie. Zmieniam maszynę, bo Spinner takich gadżetów jak pomiar dystansu nie posiada. Trzy, dwa, jeden, start. Zaczynam kręcić, kadencja 130, a obciążenia nie ma. O co chodzi – zastanawiam się – po minucie mam 700 metrów, płuca palą, czyli jednak jakiś opór jest, więc zwalniam nieco. W 2:50 wychodzi 1,6 kilometra. Trener i jego koleżanka obsługująca recepcję nie wierzą, bo do tej pory najlepszy w rywalizacji wykręcił 1,5 kilometra, ale pięć razy powtarzał żeby to osiągnąć. Gdybym wcześniej obczaił, jak to ustrojstwo działa, to pewnie by było z 1,9 km. Tak myślę.

Z tymi nagrodami jednak tak łatwo nie było. Bo oprócz rowerka trzeba było jeszcze zaliczyć dwie konkurencje. Unieść kettla na wysokości wzroku i tak sobie trzymać. Zważając na to, że nawet niemowlę ma silniejsze ramiona niż ja i że ostatni raz to ustrojstwo musiałem tak podnosić w okolicach Sylwestra i to tylko po to, by odłożyć go na regał, swoje 1:40 uznaję za sukces. I tak najgorzej było z ławeczką. Mam uraz z młodości, gdy na wuefie podczas „ogólnorozwojówki” na takiej zabawce rozwaliłem sobie nogę. Pół roku tułaczki po różnych chirurgach, którzy jej nie potrafili naprawić i pamiątkowa blizna do końca życia. Tym razem jakoś przetrwałem. I zająłem podobno drugie miejsce. Podobno, bo nagrody nie odebrałem, na siłownię w marcu już nie wchodzę.

Więcej czasu niż na tworzeniu rysunków spędzam na szukaniu ciekawych imprez, w których mimo szczerej niechęci do rywalizacji mógłbym i chciałbym wziąć udział. Bo to nie jest tak do końca, że ja w ogóle nie startuję. Startuję, ale dany wyścig czy impreza musi mieć w sobie coś takiego, co mnie do udziału zachęci. W ubiegłym roku były aż takie dwie. Uphill na Pradziada, jubileuszowy bo 30-sty i amatorskie Tour de Pologne.

Pradziad to nasze lokalne Mont Ventoux, choć z pewnością nie tak spektakularne jak pierwowzór we Francji. Czesi uważają, że dzięki wysokiej antenie radio-telewizyjnej jest to najwyższy ich szczyt górski. Faktycznie jest nim Śnieżka, ale dzielą ją granicznie z Polską, przez co wielu jej po prostu nie uznaje. Dziwne, ale Czechia to trochę karykaturalny kraj o którym Wam wkrótce będę miał okazję opowiedzieć. Wróćmy jednak do wyścigu, czy bardziej czasówki, bo tutaj mierzyłem się z samym sobą przede wszystkim. Podjazdy mają w sobie coś magicznego, a obecność kilkuset (czy będąc bardziej precyzyjnym w tym przypadku – ponad setki) innych chcących jak najszybciej dotrzeć do celu, tę magię wzmaga. I dlatego też w organizowanym przez głuchołaski Ktukol rajdzie/wyścigu/uphilu wziąłem udział.

Trochę inną motywację miałem z imprezą Czesława Langa. Wybrałem się tam po raz drugi w życiu i po raz kolejny miałem ogromną satysfakcję z udziału. To w zasadzie jedyny w naszym kraju event na którym można się mierzyć z tak dużą ilością innych rowerowych zapaleńców jak Ty. Żal tylko, że kilometrami ustępujemy włoskim Grande Fondo po alpejskich przełęczach. Ale taki już urok Podhala. Ciekawym wyzwaniem jest podjeżdżanie osławionego Gliczarowa, czy dodanej do rundy w ubiegłym roku Łapszanki w takich warunkach. Bo nie tylko mierzysz się z możliwościami własnego organizmu przy 20% nachylenia, ale również z tymi, którzy nagle przed Tobą zaczynają dymić. Sztuką jest nie stracić równowagi. Mi do tej pory się to udało.

Myślę, że w dwóch wcześniejszych akapitach nieco przybliżyłem Tobie moje motywacje w poszukiwaniu imprez. W tym roku też mam swoje typy, ale wiele klaruje się dopiero gdy ujrzę trasę. Tak było w przypadku Tour de Silesia. Pierwszy raz usłyszałem o nim w vlogu Gustava, ultrakolarza i nie ukrywam mojego motywatora w kwestii pokonywanych dystansów. Zapisałem link w ulubionych i czekałem na mapę z śladem. Gdy się w końcu pojawiła bez chwili zawahania odnalazłem zakładkę z formularzem do zapisów. 600 kilometrów na raz rozbudza wyobraźnię, ale gdy dołożymy do tego jeszcze 7 dodatkowych kilometrów w pionie, robi się całkiem ciekawie.

Lecz to nie te parametry sprawiły, że chcę w tym maratonie wziąć udział. Pradziad, Dlouhe Strane, Rejviz, Salmopol (vel. Biały Krzyż) i na deser Zameczek czyli Przełęcz Szarcula prowadząca do rezydencji Prezydenta RP w Wiśle. Po drodze jeszcze mniejsze Góra Świętej Anny i Przegibek. Tak, dobrze się domyślasz, wszystkie wymienione nazwy wiążą się z podjazdami. Wszystkie wspominam z ogromnym sentymentem, bo sprawiły, że kolarstwo stały się dla mnie czymś więcej niż tylko sposobem spędzania wolnego czasu.

O Pradziadzie pisałem wyżej, ale nie podkreśliłem ważnej rzeczy. To właśnie podjeżdżając pod najwyższy szczyt Jesioników pierwszy raz osiągnąłem 100 kilometrów w trakcie jednej wycieczki. Pierwsze 150 kilometrów, ale już na szosie zrobiłem dojeżdżając na elektrownię szczytowo-pompową Dlouhe Strane. To jeden z siedmiu architektoniczych cudów czeskich dostarczający rocznie niemal 1000 GWh energii, co odpowiada zapotrzebowaniu Poznania i kilku mniejszych miast w tym samym okresie. Podjazd prowadzący na szczyt jest trzecim w kolejności najcięższym w naszym regionie. Ustępuje tylko przełęczom: Mokrej (Modre Sedlo) i Karkonoskiej w Karkonoszach właśnie.

Urok Rejviz mogliście dostrzec kilka wpisów temu, zaś Beskidy były moim pierwszym celem wyprawowym po zakupie Białej Strzały. Zupełnie nieświadomie zarezerwowałem miejsce noclegowe na Białym Krzyżu, znanej bardziej jako przełęcz Salmopolska. Rozdziela ona Wisłę od Szczyrku, ale co ważniejsze – z której strony nie chciałbyś jechać to masz przed sobą kilkanaście kilometrów wspinaczki. Przyznam szczerze, że piekło wtedy niemiłosiernie. Udział w Tour de Silesia będzie więc sentymentalną podróżą w przeszłość. W szczególności, że przerwa obiadowa zaplanowana jest w moim rodzinnym Prudniku. Mnie tam po prostu nie może zabraknąć! Mam 84 dni, aby doprowadzić uda do odpowiedniego poziomu dającego mi z pokonania tej rundy przyjemność, a nie cierpienie. Z tym jednak nie powinno być problemu.

Zobacz jeszcze to: