covid
Przemyślenia

Po prostu żyć

Czując pewną nieśmiałość omijam szlaban. Robię to po raz któreśsetny w ciągu ostatnich kilku lat, ale pierwszy raz towarzyszy mi przy tym tak dziwne uczucie. Trzymając na kierownicy wysuszone i spękane od dezynfekcji dłonie wkraczam do lasu. Lasu od środka dawno nie widzianego. Przebijam się pomiędzy kolejnymi spotykanymi osobami, dziwiąc się w głębi duszy skąd oni wiedzą o istnieniu tego lasu? Wielu z nich zapewne nigdy by go nie odwiedziło, gdyby nie wcześniej narzucony zakaz. Abstrahuję od tego, czy był on zasadny i konieczny.

Nasza codzienność – spokojna i ułożona – została z dnia na dzień zaburzona. Ktoś nagle, bez konkretnego wyjaśnienia krzyknął: zostańcie w domach. U wielu pojawił się strach, lęk o jutro, u innych zaś wzmógł się bunt: przecież nikt nam nie może niczego zabraniać! Podobnie stało się w gronie osób aktywnych sportowo i niekoniecznie rowerowo. Można jeździć, czy nie można? Wielu bulwersowało się na wprowadzane obostrzenia, podczas gdy problem wydawał się niewielki, podając za argument ilość chorych na grypę, która kilka tygodni temu była liczona w setkach tysięcy, a o których nie robi się takiego halo (i przyznam bez bicia, sam ten argument wykorzystywałem). Ale grypa jest nam znana i na nikim nie robi większego wrażenia.

Aby zrozumieć poszczególne działania tych „u góry”, trzeba przywołać regułę Pareto. Pewnie większość z Was wie o proporcji 20/80, czyli że 20% działań przynosi 80% efektów. Ale gdy spojrzymy na tą regułę głębiej okaże się że 1% działań daje 50% efektów. Potrójna zasada Pareto. Znana w biznesie i wykorzystana również tutaj. 1% chorych odpowiada za 50% obłożenia służby zdrowia. Tak można to najprościej odczytywać, ale tych przykładów mógłbym sporo namnożyć. To był główny argument dla „lockdown’u”. Ale wróćmy do kolarstwa, czy szeroko pojętej „indywidualnej” aktywności fizycznej.

Kilka tygodni temu dostałem maila. „Może napiszę Pan jak radzić sobie z aktywnością sportową w obecnej sytuacji?”. Nie napisałem. Bo i co miałbym napisać? Żeby ludzie przesiedli się na trenażer, którego nigdy w życiu nie używałem? Uważam, że każdy powinien zachować zdrowy rozsądek i zrobić to co uważa w swoim przekonaniu za najbardziej słuszne. Chcesz? Jeździj? Nie chcesz? Siedź w domu. Dla mnie wydawało się to dość oczywiste. Sam hasztag #zostańwdomu nie oznaczał dla mnie zamknięcia się w czterech ścianach na cztery spusty. Po pierwsze dlatego, że nie mogłem sobie na to pozwolić, po drugie wiem jak mocno destrukcyjnie na stan psychofizyczny taki areszt wpływa. #zostańwdomu potraktowałem jako konieczność maksymalnej izolacji od innych, ograniczenia kontaktów fizycznych i spotkań, przy jednoczesnym zachowaniu zdrowego rozsądku i logicznego myślenia. Poza tym wyłączyłem telewizor i przestałem czytać mainstreamowe media, które podsycały każdą informację, budząc w podświadomości odbiorców spore przerażenie.

Zacząłem jeździć rowerem do pracy, co w opustoszałym Wrocławiu stało się nawet bardzo przyjemne (a jeździć po zatłoczonym mieście nienawidzę) i powiedziałem sobie w głębi duszy: póki przepisy nie zabronią mi tego całkowicie (tak jak w innych krajach Europy), będę jeździł. Na tyle, na ile pozwala prawo, bez szukania dodatkowych kruczków, że cokolwiek jest niezgodne z Konstytucją. Równocześnie (poza wrzucaniem aktywności na Stravę) raczej się z tym nie afiszowałem. Przede wszystkim dlatego, że w większości przypadków zostałbym albo źle zrozumiany, albo wręcz poddany społecznemu ostracyzmowi.

Od kilku dni zniesiono obostrzenia dotyczące przemieszczania się, a w mediach społecznościowych dostrzegłem pewnego rodzaju poruszenie. Większość osób zachomikowanych na trenażerach, nagle je porzuciła, bo „można wyjść pojeździć” na zewnątrz. Hasztag #zostańwdomu przestał dla nich obowiązywać. W moim odczuciu nie zmieniło się w przepisach nic (aktywność fizyczna jednorazowa była dozwolona cały czas), poza możliwością korzystania z lasów, parków i bulwarów. Ale dla wielu osób problem „zniknął” tak samo szybko, jak się pojawił. A sam wirus nie zniknął i nie zniknie. Normalność też pewnie w krótkim horyzoncie czasu nie wróci do stanu jaki znaliśmy jeszcze dwa miesiące temu.

Dlatego nie będę protestował i się burzył, jeżeli maseczka będzie mi pozwalała na swobodne poruszanie się, kręcenie kilometrów i możliwość spędzania czasu na powietrzu. Nie będę protestował, gdy instalacja aplikacji i zgoda na swego rodzaju „inwigilację” (bo i tak jesteśmy z każdej możliwej strony inwigilowani) da mi przepustkę do wyjechania za granicę. Nie będę też siedział bezczynnie w domu, czekając na szczepionkę, która może się okazać że wcale nie będzie żadnym rozwiązaniem.

Zdjęcie autorstwa Cristiana Raluca z Pexels

Zobacz jeszcze to: