Słońce przedzierające się przez zasunięte żaluzje nie pozwoliło mi spać dłużej niż do 5:00 rano. Soczyście błękitne niebo zachęcało do jazdy, choć nogi zaczynały dawać pierwsze oznaki zmęczenia. Ale to przyjemne uczucie. Taki ból-nie ból, który po kilku pociągnięciach korbą mija. Zostaje tylko czysta przyjemność jazdy. Mimo bezchmurnego nieba, wcale nie jest komfortowo. To pierwszy poranek tej wyprawy, kiedy zaczynam jazdę bez żadnej dodatkowej warstwy – zupełnie na krótko. O taką wiosnę walczyłem – uśmiecham się do siebie w duchu.

Góry Słonne i Dolina Sanu

Mijam Lesko i po chwili odbijam w prawo, podążając przez Góry Słonne na północ. Wjeżdżam na drogę krajową nr 28. Towarzyszy mi ona mniej lub bardziej od samego początku podróży. Ale w przeciwieństwie do fragmentów w okolicach Wadowic, Mszany, czy nawet Krosna tu o dziwo jest bardzo spokojnie. Przyjemnie kontempluję otaczające mnie widoki podjeżdżając szerokim asfaltem na Przełęcz Przysłup. Jeszcze jedno spojrzenie na Bieszczady i zaczynam zjazd ku Nizinom. Na chwilę zatrzymuję się w Birczy.

Nie bez powodu, bo wedle wszelkich źródeł jest to prywatna wieś rodowa Bireckich. Tak, moje nazwisko ma pochodzenie szlacheckie i wedle wszelkich źródeł ma swoje początki gdzieś w XIV wieku, gdy w Birczy osiedli rycerze herbu Gozdawa. I choć paradoksalnie żaden Birecki zamieszkujący te rejony nie jest moją “bliską” rodziną, to jakieś konotacje – mniejsze lub większe – ze sobą mamy.

Podążając doliną rzeki Stupnicy docieram ponownie do Sanu, z którym rozstałem się wjeżdżając w Góry Słonne. Od teraz co jakiś czas będę przecinał również Szlak Green Velo, który na Podkarpaciu wydaje się być zdecydowanie przyjemniejszy niż ten który mam w pamięci z ubiegłorocznej podróży po Warmii. Na imponującym moście rowerowym w Bachowie odczytuję wiadomość od znajomego: “jak najwięcej ścianek, co by Ci łydę wytopiło”. Dość nieopatrznie odpisuję, że “koniec ze ściankami, teraz Płaskopolska”. I dość szybko za te słowa jestem skarcony, bo wprawdzie wzdłuż Sanu gór wielkich nie ma, ale nie oznacza to, że ścianki się skończyły. Krótkie, lecz sztywne podjazdy towarzyszą mi w zasadzie do samego Jarosławia. Od tej pory faktycznie mam wokół płaską Polskę, a dość mocny wiatr wiejący z południowego-wschodu przyjemnie pozwala się rozpędzić w okolice 40 km/h. Dość żwawe – w porównaniu z wcześniejszymi dniami – tempo pozwala mi dość szybko znaleźć się w Sandomierzu.

Miasto kojarzone głównie z pewnym serialem – bądź co bądź z motywem rowerowym – zbudowane zostało na siedmiu wzgórzach i te wzniesienia, na które często prowadzą brukowane ulice da się odczuć w nogach. A mnie zawsze zastanawiało, dlaczego ten serialowy ksiądz na szklanym ekranie tylko zjeżdża na tym rowerze. Gdybym był turystą, to pewnie spędziłbym tutaj zdecydowanie więcej czasu, bo w zasadzie na każdym kroku się coś dzieje i jest co oglądać. Chyba nie przez przypadek jest nazywane Małym Rzymem.

Wcale nie tak płasko – Góry Świętokrzyskie

Kolejny poranek wita mnie ponownie rozgrzewającym słońcem i wciąż jeszcze rześkim powietrzem, aczkolwiek czuć już pewną parność. Po opuszczeniu zakorkowanego o poranku Sandomierza uciekam na boczne, wiejskie drogi, które wiją się wzdłuż rozkwitających sadów i złocistych pól rzepaku. Każdy chyba czeka na ten moment roku, gdy to rzepakowe kwiaty ubarwiają otaczającą scenerię. W tym roku przyszło nam czekać na ten wyjątkowo niesamowity czas nieco dłużej. No ale było warto, jak zawsze. Kolejne pagórki zbliżają mnie do Gór Świętokrzyskich, które były moim celem tego dnia – zgodnie z Waszymi głosami. Podjazd na Święty Krzyż jest przyjemną wspinaczką, pozbawioną ruchu samochodowego. Mimo, że nie ma jeszcze południa i jest środek tygodnia po drodze mijam sporo kolarzy, którzy postanowili ten dzień umilić w podobny sposób.

Kolejne kilometry są mi już znane, bo pokonywałem je kilka miesięcy wcześniej podczas Maratonu Północ-Południe – z tym że w drugą stronę. Święta Katarzyna tym razem jest wyjątkowo pusta. Zjeżdżając do Bodzentyna słyszę ulatujące z opon powietrze. Jak to zwykle bywa, gumę złapałem na równej asfaltowej powierzchni, a dętka Tubolito poległa na zwykłym świerkowym kolcu, dodam że niespecjalnie dużym. Za Bodzentynem, mając w pamięci ruch podczas wspomnianego MPP, odbijam w lewo – omijając DW 791 – i zaliczam przy okazji kolejny podjazd – na Bukową Górę. I tak oto zupełnie niespodziewanie zaliczam kolejny raz podczas tej wyprawy 2000 metrów w pionie.

Na drodze przez Suchedniów do Skarżyska-Kamiennej zgodnie z przewidywaniami panuje duży tłok. Wybrałem ją dlatego, że mylnie skojarzyło mi się, że przy trasie znajdę MOR Green Velo i stacjonarną pompkę, by móc nabić łatwiej więcej niż 2,5 bara do opon. MOR’u nie było, za to zaczął dokuczać wiatr, którego intensywność wzrosła na tyle, że jazda zaczęła być mocno frustrująca. Dość dodać, że przejechanie kolejnych 50 kilometrów do Jedlni zajęło mi ponad 3 godziny. Były momenty niebezpieczne, gdy wiatr wręcz przestawiał mi rower na przeciwległą stronę jezdni, a prędkość nie przekraczała 15 km/h. Na szczęście wciąż dopisywała pogoda, choć w dużej części kraju w tym samym czasie było już dużo deszczu.

Wypić kawę w kolarskiej kawiarni

Góra Kalwaria to szczególne miejsce na kolarskiej mapie Polski, choć na to miano zasłużyło sobie dopiero w ostatnich kilku latach. Każdego dnia rzesze kolarzy ze Stolicy przez Wilanów i legendarne Gassy przemierzają do tej miejscowości, by w małej kawiarni na rogu wypić kawę, przegryzając ją najlepiej kawałkiem wybornego ciasta. Góra Kawiarnia to jedyne takie miejsce w naszym kraju, tak silnie związane ze społecznością kolarską. Na ścianie budynku w której Góra Kawiarnia się znajduje namalowano okazały mural z bohaterem naszych rodziców – Ryszardem Szurkowskim. Od niedawna – na budynku obok – towarzyszy mu bohater naszych czasów, Michał Kwiatkowski. Góra Kalwaria musiała więc się znaleźć na trasie mojej wyprawy.

Ostatni dzień swojej krótkiej – bądź, co bądź – wyprawy rozpocząłem szutrowym przejazdem przez Kozienicki Park Krajobrazowy. Leśny krajobraz szybko zmienił się w jabłoniowe sady doprowadzając mnie do Góry Kawiarni. Duże Americano dostatecznie obudziło mnie by ruszyć w dalszą drogę do Warszawy. Pod Gassami spotykam się z Marcinem, twórcą odzieżowej marki AM Cycling. W normalnych czasach w tamtym momencie pewnie siedzielibyśmy w Ożarach dzieląc się wrażeniami z przejechania Race Through Poland. A tymczasem jechaliśmy klasyczną rundą na warszawski Wilanów. Znanymi sobie już drogami, przez Bulwary Wiślane dotarłem na stację Warszawa Wschodnia i wchodząc do Pendolino zakończyłem swoją majową wyprawę po Polsce, której do tej pory nie znałem.

Polska jest piękna

6 dni i 1 180 kilometrów. Blisko 13 000 metrów pokonanych pod górę. Liczby potrafią dotrzeć najprościej do świadomości czytelnika, dlatego Wam je podaję. Ale nie, to nie było nic nadzwyczajnego. To nie był wysiłek ponadnormatywny. Ot, po prostu zwykła rowerowa przygoda. Nie zrozum mnie źle – dla Ciebie z dużym prawdopodobieństwem sądzę, że pewnie jest to wynik imponujący. I słusznie, bo nie jest to wcale mało. Ale dla mnie to była tylko namiastka tego, co w tym samym okresie miałem przeżyć i przejechać na Race Through Poland, a także co zamierzam przejechać już wkrótce.

Ta wyprawa, podobnie jak ubiegłoroczna eksploracja północy naszego kraju, utwierdziła mnie w przekonaniu że nie musimy wcale daleko wyjeżdżać by posmakować wspaniałych krajobrazów, ciszy i spokoju, by poczuć oddech od codziennych trosk i zmartwień. Nie potrzeba nam egipskich piasków, ani słońca Zanzibaru. Nie potrzeba gór Teneryfy i podjazdów Costa Blanca. Jasne, każdy chce poznać świat i doświadczyć czegoś co nieznane. Zaraz pewnie otworzą nam granice i ruszymy w długie i dłuższe podróże. Sam pewnie będę to robił. Ale dzięki #RideAcrossPL przekonałem się, że wcale nie trzeba daleko jechać. Wystarczy wyjść z domu, by zobaczyć jak pięknie mamy tuż za rogiem. U nas, w Polsce!

Przeczytaj również:

%d bloggers like this: