rowerem przez afrykę
Recenzje

Rowerem przez Saharę

W każdej książce podróżników rowerowych po jaką sięgam pokładam spore nadzieje. Każda wyprawa jest inna i z każdej takiej wyprawy można wynieść solidną dawkę wiedzy i lekcję dla własnych planów. „Rowerem przez Saharę i jeszcze dalej” to zapis nieprawdopodobnej przygody, jaką na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku przeżył Jacek Herman-Ilżycki. To opowieść która intryguje i zachwyca jednocześnie. Rozpoczyna się od kulisów załatwiania paszportu w socjalistycznej Polsce i stosowanych fortelach, które miały umożliwić bohaterowi wyjazd do Afryki.

A ten paradoksalnie nie był taki łatwy, jak dzisiaj mogłoby się wydawać. Aby dostać się do Algierii Jacek Herman Ilżycki był zmuszony lecieć aż za ocean – do Stanów Zjednoczonych, aby stamtąd przez Holandię dotrzeć do Algierii, skąd rozpoczął swoją nieprawdopodobną przygodę. Na rowerze szosowym z cienkimi oponami, który pożyczył od pewnego Brytyjczyka ruszył samotnie przez największą pustynię świata, Saharę. Jego celem była droga, a nie konkretny punkt na mapie. Po dotarciu do Nigerii, wcale nie zamierzał kończyć swojej przygody, wręcz przeciwnie.

Mimo poprzeszywanych opon i popękanych obręczy przemierzał kolejne kilometry do przodu, przez sawannę i lasy równikowe. Dotarł do Kamerunu a następnie skierował się Republiki Środkowo-afrykańskiej, docierając do poznanego kilka lat wcześniej podczas studenckiej eskapady Sudanu. Odwiedził Ugandę, ale gdy został zawrócony na granicy kongijskiej, zdecydował się na powrót. Przez Sudan i Egipt korzystając już częściej z ciężarówek, pociągów i samolotu dotarł do Grecji. Tam pracował, by zarobić na zwrot pożyczonych pieniędzy na bilet od pewnej szwajcarskiej pary. Wrócił do Holandii, a stamtąd zakupionym „Maluchem” po wielu miesiącach wrócił do kraju, tuż przed wybuchem Stanu Wojennego.

Myśląc o Afryce wiele osób z pewnością porówna tą publikację do Kazimierza Nowaka i jego przedwojennej podróży po Czarnym Lądzie. Nie da się tego zrobić ani pod kątem samej wyprawy, ani też relacji jaką znajdziemy w książce. Zresztą autor stwierdził, że długo zwlekał z publikacją tylko i wyłącznie dlatego, że nie ma zdolności literackich. O ile Nowak był reportażystą, a jego pozycje są pozycją obowiązkową na studiach dziennikarskich, Jacek Herman-Ilżycki był tylko fotografem w trasie, który prowadził dziennik podróży, by – jak sam określił – panować nad wydatkami i zachować w pamięci najważniejsze chwile. To forma kroniki spisanej dzień po dniu, z wieloma informacjami logistyczno-organizacyjnymi, jak liczba przejechanych kilometrów, czy wydanych pieniędzy. Taki sposób przedstawienia podróży jest ciężki do przyswojenia, by nie powiedzieć że momentami wręcz nudny. Zagłębienie się w opisy pozwala jednak dotrzeć do Afryki, jaką Herman-Ilżycki doświadczył. Historie napotkanych plemion, odwiedzonych miejsc, przeżytej Malarii i niezwykłej gościnności z jaką spotykał się na każdym kroku swojej podróży.

Dodając do tego sporo świetnych zdjęć otrzymujemy wspaniałą relację, której warto poświęcić kilka wieczorów. Być może będzie początkiem kreowania kolejnych ambitnych planów?

Kończąc lekturę książki dowiedziałem się o planach Bena Davies’a, drugiego zawodnika na mecie ubiegłorocznego The Transcontinental Race. Czy nie imponujące?

Zobacz jeszcze to: