Komputer rowerowy dla wielu z nas stał się nieodłącznym towarzyszem podróży dłuższych i krótszych. Przez wiele lat niezaprzeczalnym liderem branży był Garmin, od którego rozpoczęła się i moja przygoda z tego typu urządzeniami. Legendarny Edge 500 odstawał od dzisiejszych realiów dość mocno, ale wówczas był najbardziej atrakcyjnym i solidnym rozwiązaniem na rynku. Przetrwał ze mną nieco ponad trzy lata – i to dosłownie, bo jego żywot skończył się kilka dni po upływie okresu gwarancyjnego. Późniejsza dość nieprzyjemna historia z polskim supportem Garmina sprawiła, że niechęć do tej marki trwa do dzisiaj.

Trochę historii

Następcą Edge’a 500 na moim kokpicie była Sigma Rox 11. Nie było to urządzenie złe – przejechało ze mną np. Alpy – ale powiązana z nią aplikacja działała na tyle tragicznie, że po kilku miesiącach postanowiłem przesiąść się na Wahoo ELMNT Bolt. Wówczas ten amerykański producent nie miał jeszcze tak silnej pozycji na rynku, choć BOLT już chwilę na nim był i zdobył uznanie wielu użytkowników. Dawał powiew świeżości, a przy okazji był bardzo rozsądnie wycenioną propozycją. Towarzyszył mi blisko 2,5 roku, nie zawodząc w zasadzie nigdy. Jedynego zawieszenia systemu doświadczyłem tylko w Hiszpanii, zjeżdżając z Pico de Veleta do Granady. Ale warto dodać, że wówczas w ciągu nieco ponad godziny zjechałem z 3400 m n.p.m. na ok. 600 m n.p.m., przy znacznej różnicy ciśnienia i temperatury. Miał prawo się zafiksować.

Bolt był urządzeniem świetnym, ale z jedną, istotną dla mnie wadą. Jego mapy nie do końca były takie jak bym od nich oczekiwał. Często musiałem się wspierać Google Maps na smartfonie by odnaleźć interesujące mnie miejsca lub drogi. To był minus, który sprawił, że powoli zacząłem rozglądać się za czymś innym, z zdecydowanie lepszym podejściem do nawigacji. I tak, naturalnym wyborem powinien być Garmin, ale jak mogliście przeczytać kilka zdań wyżej, tej opcji nie brałem nawet pod uwagę.

Zimą miałem okazję sprawdzić urządzenia tajwańskiego Brytona przy współpracy z polskim dystrybutorem, Merida Polska. W szczególności w odniesieniu do nowego produktu, Ridera 750 miałem spore oczekiwania, a materiały prasowe mój apetyt tylko zaostrzyły. Bryton Rider 750 nie jest urządzeniem złym, dla wielu użytkowników wystarczającym i stanowi godną konkurencję dla popularniejszych rozwiązań. Jednak, mimo że podstawowe funkcje działają poprawnie (ale i te bardziej nowoczesne – jak np. powiadomienia z telefonu), nie mogę tego powiedzieć o nawigacji i wykorzystywaniu ekranu dotykowego. Działało to po prostu źle, zupełnie poza moimi oczekiwaniami. To było spore rozczarowanie.

Hammerhead Karoo 2

O istnieniu czegoś takiego jak Hammerhead Karoo 2 wiedziałem od dawna, jeszcze na długo przed jego premierą. Już pierwsza wersja wydawała się być interesującą, choć z wieloma problemami “wieku dziecięcego”. To, że kilka tygodni temu Hammerhead Karoo 2 zagościł na moim pulpicie było w pewnym sensie zbiegiem okoliczności. Ale też chęcią sprawdzenia, czy faktycznie jest to “game changer” na rynku komputerów rowerowych, jak go określano. Okres 45 dni, w którym mogłem go zwrócić bez kosztów, ostatecznie mnie przekonał. Po kilku dniach od zamówienia mogłem zacząć testowanie.

Urządzenie dostarczane jest w eleganckim opakowaniu, już od pierwszej chwili dając wrażenie produktu “premium”. Zestaw zawiera oprócz samego komputera również kabel do ładowania, smycz, dwa uchwyty z unikalnym mocowaniem ( w tym jeden pod dedykowane rozwiązania pod Garmina), a także imbusik. Trzeba powiedzieć, że w porównaniu z wszystkimi moimi dotychczasowymi komputerkami, ten od Hammerhead jest największy i najcięższy – i to dość wyraźnie. Ma to swoje minusy, ale te chyba na dzień dzisiejszy przysłaniają ilość plusów, jakie mogłem doświadczyć.

Karoo 2 jest oparty na Androidzie w wersji Marshallow 8.0, co w tego typu urządzeniach jest nowością. Wprawdzie jest to wersja zamknięta, bez sklepu Google, ale nie ma żadnego problemu, by zainstalować każdą z dostępnych tam aplikacji. Jego działanie jest bardzo mocno zbliżone do klasycznego smartfona. Łączenie się i synchronizacja danych następuje po Wi-Fi, lub z wykorzystaniem karty SIM, którą możecie umieścić w komputerze. Tę drugą funkcję już niebawem będę mógł przetestować. I owszem, do Karoo 2 są dedykowane aplikacje, ale służą one stricte do synchronizacji. Pierwsza – Karoo Companion, odpowiada za powiadomienia ze smartfona, druga zaś, nazwana po prostu Karoo, to proste przejście do przeglądarkowego “Dashboardu”, w którym mamy zagregowane ostatnie aktywności, zaplanowane trasy i treningi.

Łączenie z aplikacjami zewnętrznymi

Hammerhead Karoo 2 oferuje synchronizację z wszystkimi najpopularniejszymi rozwiązaniami na rynku, takimi jak Strava, Ride with GPS, Komoot, Xert i Training Peaks. Łączenie i pobieranie danych w obie strony działa bardzo szybko i sprawnie. Nie doświadczyłem jeszcze z tego tytułu jakiejkolwiek “zamuły”, czy opóźnień. Aktywności na Stravie pojawiają się szybciej, niż jestem w stanie ściągnąć buty, podobnie w drugą stronę, gdy rysuję trasę w Komoot, to niemal natychmiast po zapisaniu widzą ją na urządzeniu. To znacząca zmiana w porównaniu do Wahoo, gdzie owszem – wszystko również działało, ale z synchronizacją bywało już różnie.

Myślę, że nie przesadzę wysuwając tezę, że Hammerhead Karoo 2 jest przeznaczony przede wszystkim dla osób, które często korzystają z nawigacji i zaplanowanych tras, niż tych którzy wykorzystują komputer rowerowy do regularnych treningów. Oprócz parowania z zewnętrznymi aplikacjami mamy możliwość narysowania trasy w samym urządzeniu. Działa to dość przejrzyście, intuicyjnie, a swoim algorytmem bardzo przypomina mi Komoota. Kilka testowych tras z punktu A do punktu B, rysowanych w “Dashboardzie” i Komoot wyglądało niemal zawsze identycznie. Choć tutaj muszę dodać, że Komoot był ustawiony na jazdę rowerem szosowym – czyli głównie po drogach asfaltowych. Możemy też wgrać plik z śladem ręcznie lub wkleić dowolny link kończący się rozszerzeniem .gpx. To bardzo wygodne rozwiązanie, gdy komuś żadna z partnerskich aplikacji z jakichś względów nie odpowiada.

To co jest dostępne przy śladach GPS, niestety nie funkcjonuje przy realizacji planów treningowych. Jedyna na dzień dzisiejszy możliwość synchronizacji to Training Peaks, który może być dla wielu niewystarczający. Przekonałem się o tym sam niedawno, rozpoczynając swoją przygodę z Inpeak Trainer. Plików z treningami nie mogę wgrać ręcznie, ani nawet narysować sobie treningu w Dashboardzie (co było możliwe nawet w Bryton Active). To dość duże ograniczenie dla osób, które jazdę na rowerze traktują bardziej poważnie, korzystając z ustrukturyzowanych treningów. I duży minus dla Hammerhead, w szczególności że – jak odpowiedział mi Support – w najbliższych miesiącach nie mają planów rozwijania funkcji treningowych. Oby zmienili zdanie.

Łączenie z urządzeniami, obsługa i intuicyjność

Hammerhead Karoo 2 oferuje łączenie po Bluetooth i ANT+ nie tylko pulsometrów, pomiarów mocy, czy kadencji, ale także np. lampek. Z Hammerheadem zadziała Varia od Garmina, ale prawdopodobnie również każda inna lampka z ANT+. Piszę “prawdopodobnie”, ponieważ to nowa funkcja wprowadzona wraz z ostatnią aktualizacją kilkanaście dni temu. Bynajmniej pierwsze opinie użytkowników popularnych Bontragerów Flare RT mówią że to działa.

Dość fajną cechą, której nie doświadczyłem w innych urządzeniach jest tworzenie własnych, personalizowanych ekranów danych, w zależności od tego co chcemy robić. I tak możemy sobie stworzyć profile do jazdy w górach, z mocą, planów treningowych, czy niedzielnej jazdy po bulwarach z dziewczyną. To dość prosta, ale bardzo użyteczna funkcja. Do tej pory w innych urządzeniach miałem możliwość modyfikowania poszczególnych stron z polami danych, ale nie tworzenia własnych profili, w zależności od potrzeb. Sama obsługa komputerka jest bardzo intuicyjna i przejrzysta – a to za sprawą obecności Androida, którego wielu z nas używa na co dzień w swoich smartfonach. Dlatego myślę, że większość użytkowników bardzo szybko przekona się do interfejsu zaproponowanego przez Hammerhead.

Mapy, GPS, tracking, re-routing

Urządzenie pozwala pobierać również mapy całego świata, posegregowane w regiony. Są to dość obszerne pliki, dlatego w Dashboardzie musimy decydować, jakie obecnie są nam potrzebne. Co więcej, jeszcze przed otrzymaniem urządzenia, możemy zdecydować które mapy mają się pojawić w urządzeniu. W trakcie pierwszej konfiguracji zostają one automatycznie pobrane. Mapy są dość dokładne i to zarówno pod kątem dróg asfaltowych jak i nawet leśnych ścieżek. Na przykład widziałem na mapie dzikie single tracki z wrocławskich Marszowic, których próżno było szukać na innych mapach. Myślę, że działa tutaj sztuczna inteligencja analizująca np. segmenty na Stravie, które są popularne, mimo że prowadzą po nieoznakowanych drogach. I to jest bardzo fajna funkcjonalność, chociaż nie sprawdziłem tego jeszcze w terenie “trudniejszym”.

Łapanie fixa GPS to kolejne pozytywne zaskoczenie. Hammerhead Karoo 2 pod tym względem wyprzedza wszystkie inne urządzenia jakie posiadałem. Nawet w pochmurne dni zajmuje mu to krótką chwilę. Często już po wyjściu z budynku jest gotowy do jazdy, nigdy łączenie z satelitami w moim przypadku nie trwało dłużej niż kilka, kilkanaście sekund. Prowadzenie po śladzie jest szybkie i precyzyjne. Powiadomienia zakręt po zakręcie pojawiają się odpowiednio wcześniej i jeszcze nie zdarzyło mi się zgubić korzystając z Hammerhead Karoo 2. Również re-routing w przypadku zmiany kursu działa bardzo szybko. Już po kilku sekundach na ekranie pojawia się nowa propozycja trasy, która dodatkowo jest oznaczona kolorem czerwonym (główny ślad pokazywany jest żółtą linią ze strzałkami).

Cechy, które polubiłem

Deklarowana żywotność akumulatora w Hammerhead Karoo 2 wynosi około 12 godzin. Mi ten wynik udało się wydłużyć niemal dwukrotnie. W jaki sposób? Wykorzystując tryb oszczędzania baterii, który wygasza ekran po kilkudziesięciu sekundach nieaktywności. Ta niepozorna funkcja sprawiła, że bardzo się z Karoo polubiliśmy. Nie dlatego, że akumulator działa dłużej, ale bardziej dlatego że zdecydowanie bardziej cieszę się samą jazdą na rowerze i przeżywaniem tego co wokół. Przestałem bezmyślnie spoglądać w ekran komputerka. Co istotne, ten ekran wybudza się za każdym razem, gdy dzieje się coś o czym powinniśmy wiedzieć. Nie ma możliwości byście ominęli jakieś skrzyżowanie podczas nawigowania, czy w trakcie treningu zeszli z zaplanowanych stref mocy. Każde takie odchylenie jest wyraźnie przez urządzenie sygnalizowane.

Drugą bardzo fajną funkcją, której polubiłem w Karoo 2 jest możliwość obsługi ekranu dotykowego w każdych rękawiczkach. To super sprawa, w szczególności w bardzo zimne dni, których w naszej szerokości geograficznej w ostatnich miesiącach nie brakowało. Oczywiście, gdy wolicie, możecie korzystać też z fizycznych przycisków, które działają równie precyzyjnie.

Czy warto?

Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami. Cena dla Europy wynosi 399 euro lub 469 dolarów. To dużo. Moim zdaniem Hammerhead Karoo 2 jest warty uwagi, choć nie dla każdego. Trzeba mieć też świadomość że jest wciąż produktem rozwijanym, pod wieloma względami nie jest idealny. Nie jest też – przynajmniej na razie – “game changerem” na rynku. Tego jestem pewien. Jednak nie rezygnuję z niego. Hammerhead Karoo 2 zostaje ze mną na dłużej. Z pewnością będę dzielił się z Wami swoimi wrażeniami i tym jak radzi sobie w różnych warunkach, np. podczas bardzo długich jazd.

Przeczytaj również:

%d bloggers like this: