Szlak rowerowy Odra-Nysa to jedna z propozycji na wakacyjną rowerową przygodę, jaką polecają inni cykliści. Trasa rozpoczyna się w czeskiej Nowej Wsi i biegnie przez ponad 640 kilometrów wzdłuż brzegów Nysy Łużyckiej i Odry do samego Bałtyku. Korzystając z pięknej pogody pierwszego wakacyjnego weekendu, wybrałem się sprawdzić, czy ta ścieżka faktycznie jest godna polecenia.

Swoją opinię o szlaku zacząłem wyrabiać już dwa lata temu, gdy podczas głębszej eksploracji Saksonii (i cudownej Szwajcarii) przejechałem odcinek z Zittau do Deschki. Tym razem przejechałem kolejny odcinek: z Deschki do Gubau.

Trasa rowerowa prowadzi po ścieżkach leśnych, nadrzecznych wałach, w zdecydowanej większości z dala od samochodów i ruchliwych ulic. Jedynie kilka kilometrów przed Gubinem byłem zmuszony korzystać z publicznej drogi, co było spowodowane trwającym remontem. Ale… po pierwsze – nie było to ani trochę niebezpieczne – kultura jazdy i szacunek do rowerzystów w Niemczech jest naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Po drugie – objazd był tak dobrze oznakowany, że nie sposób było się na nim zgubić. Ponadto samochody widziałem tylko w mijanych, uroczych miejscowościach. Zresztą stare miasteczka z bogatą historią, urokliwe wsie o wyjątkowej architekturze, romantyczne kompleksy parkowe i sielankowe nadrzeczne polany nadają niepowtarzalnego uroku, dzięki któremu jazda szlakiem jest naprawdę przyjemna.

Spokojnym, niespiesznym tempem mijam kolejne kilometry trasy. Wspaniałe asfalty rozciągające się przez świerkowo-sosnowe bory pozwalają na chwile zapomnienia. W pierwszy weekend wakacji było jeszcze całkiem spokojnie, a mijanych rowerzystów była ledwie garstka. Trasa jest wyposażona w mnóstwo wiat i ławek z nadrzecznym widokiem Nysy, na których można nie tylko odpocząć, ale też kontemplować urokliwy krajobraz. Co kilka kilometrów, albo i częściej pojawiają się tabliczki z ofertą noclegów, w tym np. polski rowerowy hostel (zdjęcie obok). Czymś dotychczas niespotykanym dla mnie są specjalne “bramy” w których znajdziemy wizytówki zarówno do pobliskich pensjonatów, jak i atrakcji turystycznych, które warto odwiedzić.

Jednym z bardziej atrakcyjnych miast na całej trasie jest Mużakow (Bad Muskau) z rozległym parkiem angielskim i wyjątkowym zamkiem. Co istotne, ten wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO kompleks w dużej części znajduje się po polskiej stronie granicy. Kontrastowo i dość ikonicznie wygląda przy tym kompleksie znajdujące się tuż obok targowisko. Codziennie tysiące Niemców udają się tutaj na tanie zakupy zarówno “cigaretów”, artykułów spożywczych, odzieży, czy tandetnych ozdób ogrodowych.

Wkraczam do Brandenburgii, gdzie pierwszym charakterystycznym punktem jest miasteczko Forst. To po Zgorzelcu/Goerlitz i Mużakowie/Łęczycy kolejna miejscowość, która po wojnie została brutalnie podzielona żelazną, graniczną kutryną. Z tą różnicą jednak, że po polskiej stronie z dawnego miasta pozostało niewiele. Komunistyczna władza kazała rozebrać nowoczesne budynki Forst Berge, a miliony cegieł posłużyły do odbudowy miast Wielkopolski i Warszawy (za: znajkraj.pl). Dzisiaj polskie Zasieki to raptem niewielka wieś licząca nieco ponad 200 mieszkańców. Ambitny plan rajców gminnych, by odbudować dawne miasto, póki co pozostaje marzeniem, a od 1995 roku – gdy została podjęta specjalna uchwała – niewiele się w tym zakresie wydarzyło.

Wraz z opuszczeniem Saksonii zmienił się charakter samej trasy. Zamiast chłodzących lasów, przemierzam kolejne kilometry po nadrzecznych wałach, których asfalt swoje najlepsze lata ma zdecydowanie za sobą. Dodając do tego nieprzyjemny, gorący północno-zachodni wiatr jedzie się wyjątkowo opornie i mało komfortowo. W wielu miejscach musimy uważać na wyrastające spod asfaltu korzenie drzew. Docieram do Gubina, gdzie kończę swoją przygodę z Oder-Neisse-Radweg.

Odpowiedź na pierwsze pytanie, jakie zapewne większość z Was chciałaby zadać – czy warto – nie jest jednoznaczna. To typowo turystyczna, powolna trasa. Nie da się tutaj jechać szybko, bo co chwilę wokół coś się dzieje i coś odwraca naszą uwagę. To sprawia, że jest to idealna trasa na powolną wycieczkę z rodziną i dziećmi. Z drugiej strony, jadąc na gravelu czułem niedosyt z powodu niewielkiej ilości szutrów i dodatkowych atrakcji z tym związanych. Mając porównanie z kilkoma europejskimi szlakami (m.in. ścieżki nad Łabą – w Saksońskiej Szwajcarii, Renem – na granicy Szwajcarii i Austrii i alpejska trasa Brenner-Bolzano we Włoszech) nie jest to też najlepsza i najpiękniejsza trasa jaką pokonywałem.

Przeczytaj również:

%d bloggers like this: